Tuż po gwizdku: Było podwójne kopnięcie, czy nie było?

14 marca 2025

Parę zdań ode mnie w temacie kontrowersyjnej sytuacji w środowym meczu Champions League Atletico vs. Real. I ogólnie co sądzę o technologii VAR i dlaczego jej nie lubię.

Środowe derby Madrytu w Champions League.

Pewnie nie będę teraz obiektywny, bo od lat kibicuję Atletico Madryt i liczyłem, że to będzie ten dzień, kiedy wreszcie się uda. Nie udało się. Kiedy grasz w pucharach z Realem, to zawsze masz nadzieję, że może teraz, wreszcie, że może to jest ten dzień, ale tak naprawdę, po cichu, zdajesz sobie sprawę, że to się nie mogło udać, że rywal znowu prześlizgnie się do kolejnej rundy Champions League, a potem ją wygra. Bo oni tak już mają, bo oni zrobili to już 15 razy. 

Ale mimo wszystko nie spodziewałem się, że stanie się to w takich okolicznościach.

Zawodnik Atletico wyrównał stan konkursu rzutów karnych na 2-2, kolejny gracz Realu już ustawił piłkę na jedenastym metrze, żeby oddać strzał, ale ku osłupieniu wszystkich, na wniosek sędziego VAR, Szymon Marciniak anulował tę bramkę. Choć konkurs jedenastek trwał dalej, choć Atleti mogli nawet wyrównać, to wiadomo było, że dostali cios, po którym już się tego dnia nie podniosą.

Szkoda, że to się tak skończyło.

Piłka nożna sama w sobie niesie tyle emocji, tyle dramatów, pudeł, słupków, przestrzelonych karnych itp. Sama przez dwieście lat świetnie sobie z tym radziła, aż wreszcie ktoś wymyślił VAR. I chłopaki z Polski postanowili się zabawić.

Wyobraźcie to sobie: sędzia główny stojący cztery metry obok nic nie widzi, kilku sędziów asystentów dziesięć metrów dalej nic nie widzi, 70 000 widzów na stadionie nie widzi nic, podobnie jak kolejny miliard oglądających ten mecz w TV i w tym momencie wstaje z fotela Tomasz Kwiatkowski i mówi: stop, ziomeczki, tu było podwójne kopnięcie, trzeba anulować tego gola. Sytuacja była tak bardzo nietypowa i dotąd niespotykana, że długo widzowie nie mogli zrozumieć tego, co zaszło. Idę o zakład, że połowa ludzi na stadionie nie zarejestrowała faktu, że gol ich ulubieńca został właśnie skasowany.

Piłka nożna została najpopularniejszą dyscypliną na świecie na wiele dekad przed tym, jak wymyślono telewizję. Przetrwała wszystko, nawet „rękę boga” Diego Armando Maradony lub „bramkę widmo” Geoffreya Hursta w finale mistrzostw świata w 1966 roku. A potem wymyślono VAR.

Miało być sprawiedliwie. Czy jest? Każdy musi sobie sam odpowiedzieć. Moim zdaniem nie. Podzielono futbol na dwie różne dyscypliny. Tę dla paru tysięcy bogatych zawodników i miliony pozostałych. Przypominam, że u nas w B klasie nie ma nie tylko VAR-u, ale nawet sędziów liniowych. Taka to sprawiedliwość. Czy kiedy zawodnik zostaje sfaulowany pół metra przed linią pola karnego, ale wszystkie powtórki wyraźnie wskazują, że faulu nie było, że arbiter popełnił błąd i VAR to widzi, ale z jakiegoś absurdalnego powodu nie może zareagować, a chwilę potem pada gol, to będzie to sprawiedliwość o jakiej rozmawiamy? A jak sędzia popełnia błąd i przyznaje drużynie atakującej rzut rożny, po którym pada gol i wszyscy to widzimy, VAR także, ale nadal nie może reagować, to będzie to sprawiedliwość? Bo VAR nie może cofnąć się do błędnie podyktowanego rzutu rożnego dwa kopnięcia wstecz, za to często  wychwytuje  faule lub inne nieprawidłowości, które miały miejsce gdzieś na początku akcji, w momencie o którym ludzie już zapomnieli. Czy to sprawiedliwie?  Albo nawiązując do wczorajszej sytuacji, gdy zawodnik wykonujący rzut rożny niechcący, niezauważalnie, trąca dwa razy piłkę, a potem ta piłka wpada do siatki, to będzie to sprawiedliwe? Można te sytuacje mnożyć. Protokoły VAR.  Pół biedy kibice oglądający mecz w TV.  Mają kolejne powtórki, które wyjaśniają albo często jeszcze bardziej gmatwają ocenę sytuacji.  Gorzej mają kibice na stadionie.  Oni zwykle kompletnie nie mają pojęcia o co chodzi, dlaczego nie gramy dalej, co sprawdzamy i dlaczego to trwa tak cholernie długo.   

Wczoraj większość widzów nie zauważyła tam podwójnego dotknięcia. Ale były też głosy, że piłka się poruszyła, że poleciała po dziwnym torze. Rozumiecie? Nie widzieliśmy drugiego dotknięcia, ale wnioskując po torze lotu uznajemy, że musiało się tak stać. No tak. Teraz oprócz sędziów VAR, w wozie transmisyjnym powinniśmy wynająć detektywa ze Scotland Yardu, a także, koniecznie, fachowca od balistyki, który będzie analizował każdorazowy tor lotu kopniętej piłki. Co będzie dalej, kiedy już nawet w 4K nic nie zobaczymy? Posadzimy w wozie VAR gościa od fizyki kwantowej?

Proponuję od razu zrezygnować z prawdziwych piłkarzy, którzy są bardzo drodzy, kapryśni i podatni na kontuzje. Zamieńmy to na Playstation i wirtualne rozgrywki, bo przecież już nawet kilkadziesiąt kamer telewizyjnych zaczyna nam nie wystarczać.

Piłka idzie w złą stronę. VAR odziera nas z emocji. Dawniej, kiedy padał gol, to kibic na stadionie tylko zerkał ukradkiem oka na sędziego liniowego, czy ten nie macha chorągiewką, by sygnalizować spalonego. Teraz gdy pada gol nic nie robimy, hamujemy emocje, czekamy pięć minut na werdykt detektywa ze Scotland Yardu i tego drugiego od balistyki. 

To nie idzie w dobrą stronę. Zabijamy w piłce nożnej coś, co od dwu stu lat czyni ją wielką i co uczyniło ją najpopularniejszą dyscypliną sportową na świecie – P R O S T O T Ę.